To miało być mocne otwarcie sezonu. Miały być „trzy punkty, kontrola, dobra energia”. Zamiast tego? Pięć strzałów w serce. Pogoń Szczecin, faworyt nie tylko tego meczu, ale i – w oczach wielu – kandydat do podium, została rozbita przez Radomiaka. Tak po prostu. Bez litości. Bez ostrzeżenia.

Zaczęło się romantycznie… dym, Stasburger i słupek Mukairu
Start meczu opóźniony, bo dym z rac zasnuł stadion – romantyzm? Bardziej jak scena z thrillera. Wśród kibiców wypatrzono Karola Stasburgera. I faktycznie – ten mecz wyglądał jak odcinek „Familiady”, w którym pytanie brzmiało: „Co się robi, żeby nie przegrać 5:1?”. Pogoń niestety nie zaznaczyła dobrej odpowiedzi.
Początek? Trochę elektryczny. Problemy z wyprowadzeniem piłki, Radomiak przyczajony, a Pogoń próbowała wjechać skrzydłami – głównie lewą stroną, gdzie szalał Grosicki. W 5. minucie mieliśmy świetną akcję – Mukairu trafił w słupek po świetnej klepce z Koulourisem. To była 100-procentowa sytuacja, z tych, które muszą wchodzić. A nie weszła. I potem było tylko gorzej.

Źródło: Canal+
Marnujesz? Dostajesz.
Do 30. minuty Pogoń wyglądała jak drużyna z wyższym poziomem. Pressing, wysoka linia, dynamiczne skrzydła, kolejna 100% okazja Kulourisa po dośrodkowaniu Grosickiego – zmarnowana. Znowu. Piłka skozłowała, Grek nie trafił w bramkę. Portowcy mogli spokojnie prowadzić 2:0, ale jak mówi klasyk: „niewykorzystane sytuacje się mszczą”. No i się zemściły.
Jeden drybling, jedna pomyłka – i się posypało
-
minuta – Vasco Lopes (będziemy go jeszcze długo pamiętać) robi show na skrzydle. Huja i Borges ograni jak dzieci we mgle. Piłka trafia do Capity, rykoszet od Loncara, gol na 1:0. Przypadek? Trochę. Ale to Radomiak objął prowadzenie. I po tym ciosie Pogoń wyglądała, jakby wzięła lewy sierpowy prosto w wątrobę.
Druga połowa = dramat
Dwa słowa: Grzesik show. 47. minuta – dośrodkowanie, Blasco pakuje głową na 2:0. Pogoń wyszła z szatni myślami jeszcze przy herbacie. Radomiak w gazie, publika szaleje, Lopes dalej szarpie.
Pogoń wraca do gry w 56. minucie – Grosicki dorzuca, Koulouris wreszcie trafia. Jest 2:1. Nadzieja? Dwie minuty później Radomiak robi kontrę, Jan Grzesik z zerowego kąta przelobowuje bramkarza. Cojocaru znów bez szans, Pozo z rykoszetem – to był lucky punch, ale skuteczny. Bramka marzenie..
I co najgorsze? Przy wszystkich bramkach Radomiaka był jakiś rykoszet. Pech? Jasne. Ale też chaos i brak organizacji w defensywie.
Video tej kapitalnej bramki znajdziesz tutaj
Rozpad w czasie rzeczywistym
Pogoń jeszcze próbowała – Koulouris nawet wpakował piłkę do siatki po wrzutce Kutrisa, ale spalony. Na 3:2 się nie doczekaliśmy. Zamiast tego dostaliśmy… 4:1 (Maurides, po kapitalnej akcji Capemby i Ouattary), a potem 5:1 – znowu Grzesik, znowu bezkarnie. Pogoń była na kolanach. Trener Kolendowicz wyglądał jakby chciał wejść na boisko i osobiście coś urwać.
Nowi, starzy i… zagubieni
Jak wypadli nowi?
-
Paul Mukairu – aktywny, szybki, szarpał. Mógł mieć gola, mógł mieć asystę. Było dobrze, choć bez konkretu.
-
Marian Huja – dobre wyprowadzenia piłki, kilka fajnych długich podań. Ale w defensywie elektryczny jak stary czajnik – nie trzymał pozycji, dał się objechać przy golach.
-
Jose Pozo – niestety bezbarwny. Strata piłki przy własnym polu karnym, potem rykoszet przy golu. Debiut do zapomnienia.
I co teraz?
Pogoń, Jagiellonia i Lech – wszyscy faworyci w pierwszej kolejce oberwali. To może być sygnał, że Ekstraklasa znowu będzie nieprzewidywalna. Albo że część zespołów po prostu źle przepracowała lato.
Ale jedno jest pewne – brakuje zgrania. Defensywa wyglądała jak tykająca bomba, a Panowie głowami byli jeszcze na urlopach. Oby to były złe miłego początki. Sezon długi. Ale niepokój – już się zaczyna. Nie poddajemy się Portowcy, sezon to maraton! Głowy do góry i po zwycięstwo w kolejnym meczu!




















